|
Niemały udział ma w tych procesach krytyka - pisana, mówiona czy szeptana - która namiętnie dzieli twórczość każdego malarza na okresy, podokresy, epoki - błękitną, różową, fioletową, spontaniczną, filuterną, metapsy-cliiczną, pstrykaną, laną, mazaną - biegnące po sobie w odstępach paro-tygodniowych. Krytyka tak się sparzyła na swojej ślepocie w ciągu ostatnich ntti lat, kiedy nazwy „impresjonizm" albo „fowizm" miały w pierwotnej intencji krytyków (i publiczności) brzmieć jak obelgi, że teraz dmucha na zimne: jak coś jest „nowatorskie", to z tym już lepiej ostrożnie, bo można mc. skompromitować przed potomnością. A ponieważ trudniej jest oceniać niż klasyfikować - wylicza się „epoki", zapominając o obrazach. Wyobraźnia gatunkowa stanowi zresztą signum temporis: w dobie ruchów masowych i ankiet socjologiczno-statystycznych, indywidualność obrazu jest często dla samych twórców mniej interesująca niż jego reprezentatywność jako próbki nowego prądu, nowego genre'u. Lecz prądów i gatunków nie stwarza się na poczekaniu (podobnie jak np. w literaturze - romantyzmu i pozytywizmu, powieści i liryki), toteż poszukiwanie nowych genre'ow staje się wprędce cykliczne, działa nawrotami.
|